Będąc ostatnio w Krakowie podszedł do mnie jeden miejscowy artysta sprzeciwiający się współczesnemu porządkowi świata i wybełkotał pod nosem: Panie, pięćdziesiąt groszy. Na to odpowiedziałem w języku obcym (z hiszpańskim akcentem): "I don't understand". Jakie było moje zdziwienie, gdy ten men`el wybełkotał do mnie w języku wyspiarzy: "we are looking for money to buy a bottle of vine". Wryło mnie w posadzkę. I weź tu człowieku spokojnie próbuj kogokolwiek oszukać. Na obcokrajowca już nie da rady, bo ci, których chcesz wpuścić w kanał lepiej znają obcy język niż ty. A że po prostu nie chciało mi się z nim rozmawiać, chciałem go na odczepnego pogonić gdzie pieprz rośnie.
Problem był w tym, iż miałem rozłożoną aparaturę do robienia zdjęć, a i pogoda zaczęła się poprawiać, i niebo było "w sam raz". Więc, żeby się delikwenta pozbyć zbyłem, że "I`m from Spain and have no idea what you are talking to me" :).
Wybełkotał: "No i na członek męski było Ci się języków uczyć, skoro z człowiekiem nie możesz się porozumieć.
Znalazłem dziś w sieci pewien ciekawy filmik o tym jak sprawa z tak zwanym wykształceniem "ogólnym" wygląda wśród mieszkańców USA. Wiadomo, że mają oni wszystko największe (nawet pszczoły jak to Pawlak zauważył w filmie "I nie ma mocnych"). Filmik jest krótki, ale został przeprowadzony na jak najbardziej reprezentatywnej grupie. Sam będąc kiedyś w tym kraju miałem możliwość zweryfikować to na własnej skórze. To tylko my wiemy ile wulkanów jest na Islandii oraz to ile metrów liczy chiński mur. Jednak w porównaniu z zawartością tego materiału jest to na naszą korzyść :)
Robi wrażenie?


